Gdy jestem w trakcie długiego, samotnego treningu, bardzo często dumam o jedzeniu. Niekoniecznie jest to rozmyślanie o kolejnych przepisach do bloga, często zdarza się, że po prostu mam na coś ochotę. Tu i teraz. Pokonuję dziesiąty, potem jedenasty kilometr, a tu nagle w głowie pojawia się myśl o soczystym burgerze z burakiem i za żadne skarby nie chce się odczepić.Biegnę w towarzystwie swojej wizji, a ona natrętnie atakuje moje zmysły, próbując skrócić mój trening i skierować moje nogi w stronę kuchni. Walczę, odganiam ją i biegnę dalej. Wydawać by się mogło, że sytuacja jest opanowana, tymczasem w okolicy czterdziestego piątego kilometra, gdy głód zaczyna już mocno doskwierać, przychodzi mi do głowy ociekające czekoladą ciasto bananowe. Myśl o tym daniu sprawa, że zamiast rytmicznie oddychać, skupiam się na połykaniu śliny, by nie utopić się w jej nadmiarze.
~Vegenerata bieg przez kuchnię, czyli szalone menu ultramaratończyka.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz