Po przyjściu z pracy byłem tak wyczerpany, że nie miałem siły, by ściągnąć buty czy zrzucić z siebie przemoczoną kurtkę. Padłem na łóżko i nie kontrolując podróży górnej powieki w kierunku dolnej, dałem się przygarnąć przez ramię Morfeusza. Odpłynąłem w najprzyjemniejszy ze znanych mi sposobów, nie tracąc kontaktu z rzeczywistością. Czułem jak moje ciało, ogarnia błogi sen. Lekkość, z jaką przemieszczałem się w myślach, sprawiała że na moich ustach malował się uśmiech, jak przy potężnej porcji jaglanego tiramisu. Potrzebowałem tego, jak moherowa aktywistka, nowych marketowych promocji. Nie wiem, ile czasu poświęciłem na integrację z miękkością łóżka i myślową ekstazę. Chciałem spać szybko, bo wiedziałem, że ta chwila choć jest, za chwilę może się przerwać jak pajęcza nić przy świątecznym sprzątaniu. Nie pomyliłem się. Nagle coś gruchnęło, stuknęło, a od strony kuchni zaczął dobiegać dźwięk dziwnego szurania. Sen, którym tak się cieszyłem, choć jeszcze się do końca nie rozwinął, nagle się urwał jak hejnał z Wieży Mariackiej. Nie czekałem na rozwój wydarzeń i pognałem do kuchni, sprawdzić co się dzieje. Zanim dotarłem do źródła hałasu, potknąłem się o wytaczającą się z pomieszczenia puszkę. Przy akompaniamencie siarczystego „Ku*wa mać” gruchnąłem o ziemię. Nie chciałem się podnosić. Na przekór temu, co się działo, zamierzałem poleżeć na złość sobie i turlającym się obok mego ucha konserw. W takich chwilach targają mną jednak podwyższone stany emocjonalne, wypychane przez świdrujący głód. Wstałem, ugotowałem, zjadłem.







Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz