W związku z tym, że zbliża się okres wiosenny, a za nim za chwile z przytupem rozpocznie się okres letni, postanowiłem uderzyć w nieco świeższy klimat. Przez gotowanie kilku, a czasem kilkunastu potraw dziennie na potrzeby książki, moja sylwetka daleka jest od idealnej. O kostce na brzuchu dzisiaj mogę zapomnieć, chyba że wyskubię kilka z chodnika i ułożę, tworząc atrakcyjny wzór. Gdy przyjeżdżam wieczorem do domu, raczej wysoce niewskazane jest pochłanianie potraw przepełnionych węglami, że o pożeraniu góry pszennego pieczywa nie wspomnę, dlatego przyszedł czas na coś zdecydowanie lżejszego. Łatwo się mówi, zakłada i planuje. Jeśli zaś chodzi o realizację, trzeba troszkę pokombinować, by w przypływie niemocy nie sięgnąć po skupiony w chrupiącej kromce gluten. Po powrocie z pracy, by zminimalizować do zera pokusę, schowałem wszystkie produkty ociekające węglowodanami i zacząłem wyciągać to, co pozostało w zasięgu mojego wzorku. Seler, pietruszka, rzodkiew biała, cebula. Z każdym pojawiającym się składnikiem, czułem jak w ustach, kiełkuje wizja aksamitnego warzywnego kremu. Zdawałem sobie sprawę, że samą zupą się nie najem i już w panice rozglądałem się za jakimś makaronem. Na szczęście w ostatniej chwili wygrzebałem przepiękną Cukinię, która na ucho mi wyszeptała, że chciałaby być przerżnięta w klimacie julienne.







Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz