Wpadłem do kuchni, by napić się wody, lecz zanim dobrze wszedłem w zakręt, z piskiem hamującego laczka zatrzymałem się w progu. Widziałem jak moja ukochana bulwa, leży w kałuży krwi i wydaje z siebie dźwięki, które nie wróżyły nic dobrego. W związku z tym, że okolica, w której mieszkamy, nie należy do najbezpieczniejszych, przez moją głową przeleciał galopem milion, nasączonych koszmarem scenariuszy. Nerwowo zacząłem się rozglądać wokół siebie. Dotarło do mnie, że napastnik może jeszcze nie opuścił mieszkania i może się czaić w szafie. Jak przyczajony tygrys, zacząłem przesuwać się po ścianie, by sprawdzić, czy niebezpieczeństwo rozłoży swe skrzydła i za chwilę ja stanę się ofiarą. Gdy uchylałem drzwi szafy, bicie mojego serca brzmiało, jakby ktoś uderzał z całej siły w bęben. Na szczęście nikogo w niej nie zastałem. Po sprawdzeniu wszystkich pomieszczeń chwyciłem telefon, by powiadomić pogotowie i policję. Patrzyłem na krwawiącą przyjaciółkę i drżącymi placami próbowałem wybrać numer 112 w telefonie. Wibracje wprowadzone przez stres i panikę były tak wielkie, że telefon wypadł mi z dłoni, roztrzaskując się o narożnik szafki. Zakląłem soczyście i w tym samym momencie obróciła się do mnie uradowana Pyra i sypnęła tekstem: „Stary coś taki spięty? Wyluzuj! Mieliśmy z Pomidorem imprezę, popłynęliśmy z tematem i lekko go zmiażdżyło”. Oszalałem.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz