Co prawda klimat świąteczny odszedł już w zapomnienie i opadł jak swobodnie lawirujące w powietrzu pióro, muszę się z Wami podzielić przepisem. Z nieskrywaną dumą muszę powiedzieć, że było to najlepsze posunięcie tego miesiąca i pasztet, o którym za chwile napiszę, wjechał do kuchni jak dzik w żołędzie. Przez kilka ostatnich dni zabierałem się do napisania tego posta, ale za każdym razem, kiedy próbowałem usiąść do klawiatury, coś mniej od niej odciągało. Dziś, po kilkugodzinnej walce, udało się zakotwiczyć przy monitorze i sprzedać Wam recepturę na tao smarowidło. Osoby śledzące mojego bloga, wiedzą jak bardzo cenię polskie smaki. Wszystko, co ma kiszoną kapustę, ogórki kiszone, musztardę, cebulę lub czosnek, z założenia musi być pyszne. Szykując pasztet na Święta, postanowiłem pójść tym torem i zaopatrzyłem się w większość wyżej wymienionych produktów. Nie musiałem się zbytnio napracować, gdyż przez moją kuchnię przeleciało więcej pasztetów niż emerytów przez Lidla w dzień promocji. Wszystko poszło gładko. Problemy się zaczęły, gdy zacząłem próbować swoje dzieło. Pierwsza kanapka testowa, przykryta kiszonym ogórkiem sprawiła, że poczułem mrowienie w okolicy kostek. Drugi kawałek chleba przeciągnięty kiszonym smakiem na kolana wrzucił dziwną miękkość. Przy trzecim podejściu, mającym utwierdzić mnie w tym oszałamiającym smaku, padłem na kolana. W kalendarzu zapisałem dzień, w którym doszedłem do pasztetowej perfekcji.










Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz