Choć już jej długo nie widziałem, czułem że za mną chodzi i próbuje z przytupem władować się w moje życie. Bezszelestnie jak wytrawny zwiadowca poruszała się za mną każdego dnia, perwersyjnie atakując moje myśli. Nie starałem się jej przepędzić. Przyznam szczerze, że bardzo spodobał mi się fakt, że plącze się za mną ta puszysta dama. Była obecna przez całą dobę. W takcie sobotniego treningu próbowałem się z nią odrobinę podroczyć, podkręcając tempo. Byłem ciekawy czy nadąży. Były momenty, że zasuwałem jak kuna w gąszczu jesiennych liści, ale nie udało mi się jej zgubić. Przez cały czas czułem jej obecność i delikatny podmuch na plecach, który na pewno nie był efektem jej zadyszki. W niedzielę nastąpiła kulminacja, kiedy postanowiłem dłużej poleżeć w łóżku. Przed oczami cały czas miałem jej krągłości i za każdym razem, kiedy próbowałem się zatopić w objęciach Morfeusza, pojawiała się ona. O ile w ciągu dnia nie przeszkadzało mi to w ogóle, to w trakcie zasypiania ten obraz mnie denerwował jak wygłodniały komar latający przy moim uchu. Nie wytrzymałem i zrywając się z łóżka i postanowiłem się z nią rozliczyć. Na jakiś czas mam z nią spokój. Uspokoiła się skąpana w sosie, drożdżowa pyza.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz