Wiedząc, co czeka na mnie w domu, z pracy wystrzeliłem bardziej spektakularnie niż Filip z konopi. Nie zważałem na ludzi, których trącałem na ulicy ramieniem, gnałem jak szalony. Wchodząc w zakręt, wpadłem na mężczyznę, który potrącony przeze mnie ostentacyjnie opluł mnie wzrokiem. Nie byłem w stanie wykrztusić z siebie słowa, ale przez ramię zerknąłem na niego i przepraszającym spojrzeniem wykazałem skruchę. Nie wiem, z jaką prędkością się przemieszczałem, ale musiałem wzbudzać zainteresowanie przechodniów, bo widziałem, że zaczęli się rozsuwać, tworząc dla mnie coś w rodzaju tunelu. Gdy dobiegałem do domu, czułem się, jakbym finiszował na najważniejszym maratonie mojego życia. Byłem tak podniecony tym, co miało za chwile nastąpić, że w głowie nawet słyszałem oklaski i wrzask wiwatującego tłumu. Dotarłem do domu szybciej niż moje myśli. Byłem z siebie dumny. Z tego miejsca muszę jednak przeprosić wszystkich, których nie zauważyłem w pędzie, z którymi się zderzyłem lub w innych sposób pozbawiłem ich równowagi. Gnałem na spotkanie z ekipą, której nie widziałem od roku, a czekali na mnie dłuższy czas w domu. Nie mogłem pozwolić, by impreza rozpoczęła się beze mnie. Musiałem opanować rozwydrzone Szparagi.








Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz