Tajemnicą poliszynela jest fakt, że w lokalu mieszkalnym przy ulicy Kościuszki, o każdej porze dnia i nocy, kreatorem najgłośniejszych imprez są warzywa i owoce. Bywa tak, że gdy wychodzę z domu, oczy sąsiadów odprowadzają mnie do każdego zakrętu, w towarzystwie niedowierzania i zaskoczenia. Czy przeszkadza mi fakt, że pod moim dachem rozwija się patologia warzywno – owocowa? Starałem się ten problem ostatnio rozgryźć, ale po godzinach spędzonych na roztrząsaniu zagadnienia, stwierdziłem, że nie wyobrażam sobie innego życia. Powroty do domu, nie byłyby już takie same. gdybym wracał do 4 ścian otoczonych spokojem i sielanką. Nie wyobrażam sobie wejścia do domu, gdzie od progu wita mnie nuda, spokój i niczym niezakłócona cisza. Uwielbiam wręcz, gdy od razu po naciśnięciu klamki słyszę odgłosy odbywającej się imprezy o zabarwieniu owocowym. Kilka lat temu, zapewne ostro bym się wkur*ił, gdyby moje ulubione miejsce na kanapie, zajęła kolosalna dynia. Dziś jaram się bardziej niż sprzęgło w tarpanie i uśmiech mam tak szeroki, jak zakręt na 4 pasmowej autostradzie. Nie wkurzam się nawet, gdy od progu dostaję słodkiego kuksańca, od przelatujących z prędkością światła owoców. Delektuje się każdym akcentem, uśmiecham się…jestem zdrowo zakręconym masochistą 😉







Przemysław Ignaszewski
Tu mnie znajdziesz